|
|
sobota, 29 listopada 2008
biegne na czerwonym po arcyszerokim przejsciu zatrzymuje reka kierowcow, ktorzy trabia, wbijam sie na maski samochodow po drugiej stronie osmiopasmowki, lezy cos, czego z premedytacja, wczesniej nie zabralam slizgam sie na sniegu czuje udezenie o uda i biodra...czolgam sie ponad glowa wyyyyyyyyyyyyysoko zebro wiodace angielskiego sklepienia, wachlarzowego na nim reklama McD
czwartek, 13 listopada 2008
rajski
dzien sie chyli' idziemy wzdluz niebotycznej sciany budowli swiatyni duzo ludzi, grupa, (turystow)?! wchodzimy do wnetrza.kosciol, uklad wnetrz na planie krzyza greckiego.teatr nawa glowna-rzedy foteli pokrytych pluszem w kolorze bordo, wysokie, rzezbione wezglowia,,wszystkie skierowane ku scenie-oltarzowi, w nawach bocznych podobe, skierowane w strone glownej. ciemnosc, przeskalowanie spogladam ku gorze, nie widze sklepienia, przechodze miedzy rzedami krzesel na scianach momumentalne malarstwo w podobnych barokowych ramach z akantem. sciemnialy werniks nie ujawnia nic poza ogolnym zarysem postaci na jednym z obrazow przysiadl ptak sploszony obecnoscia ludzi przeskakuje z jednego na drugi, przecinajac nawe w panicznym locie opada niezdarnie jest przerazony, próbuje go zlapac, uwolnic, jego dziob jest jak bron prakow drapieznych, ale ogon i piora, zdradzaja tropikalne pochodzenie. ciemna opalizujaca zielen, fiolet ta hybryda ma dusze. wiem, ze czuje i ze umiera ze strachu chce go ocalic..........................trwa pogon, w koncu udaje mi sie go schwycic biegne poczarno-bialej kamiennej posadzce , chce jak najszybciej wypuscic zwierze, ujmujac go w obu dloniach czuje jak bije mu serce wybiegam. tuz za portalem kosciola/teatru, ptak doslownie rozpada sie. bezwladny lepek upada na kamienny chodnik zaprzeczenie, zal, pustka
niedziela, 02 listopada 2008
31.10.08
po trzesieniu ziemi przy szczytnickim pozostaly ruiny i przygniecione ludzkie ciala. jeszcze przed chwila bylam jedna ze studentek, siedzaca na trawniku kampusu i przygladalam sie pracom przy nowym moscie...silne tapniecie spowodowalo zawalenie sie dwoch budynkow akademickich,odwrocilam glowe, zeby nie widziec cial i nie slyszec krzykow ucieklam, zmienilam sen bylismy nad morzem, wszyscy moi przyjaciele...szeroka plaza, przechadzanie sie wzdluz niej do miasteczka,jesien widzialam wyraznie dwie dorodne ryby, ktore trzymalam w dloniach, jak znak zodiaku, jedna z nich rzucilam w strone mlodej foki; ta pochwycila ja w zeby, po czym podplynela do mnie ...zblizajac sie zmienila sie w rekina tu tez niezbyt mi sie podobalo znalazlam sie wiec na stryszku jakiegos domu letniskowego...chyba... nocowalam tam cichutko, zeby nikt nie uslyszal rankiem schodzilam ostroznie, bocznymi drewnianymi schodkami. takich ludzi jak ja bylo wiecej, pamietam ze odwiedzalam Ich, w ich przytulnych kryjowkach pelnych ksiazek i staroci
wtorek, 29 stycznia 2008
04.04.07
scena uliczna. jestem w obcym miescie. ide szeroka aleją, ręce trzymam w kieszeniach. na stopach mam trampki, idąc przed siebie, jak to mam w zwyczaju - kopię coś. kamyk lub pestkę brzoskwini.. "odkopuje" mi ją dziewczynka nadchodząca z naprzeciwka. w sukience, młodziutka, zbliżam się do niej; stoi odwrócona plecami. odwracam ją do siebie..oczy Aurelii.. tylko młodsza twarz, stoję zdziwiona - ona się uśmiecha
ten years ago
półmrok, mój dom na wsi. ide przez podrórze w kierunku ulicy. odwracam głowę. w oknie na strychu siedzi przyczajone wielkie zwierze. szczerzy zęby i warczy.jest duze, nie jest to ani pies, ani dziki kot. Jest złe. czuję paraliżujący lęk, a ono o tym wie; odprowadza mnie pełnym napięcia wzrokiem, w końcu zeskakuje i dopada do mnie. walczymy, ono drapie mnie mocno, usiluje dosiegnąć zębami mojego gardła. wiem że to walka o wszystko.bronię się z całych sił. chcę mu skręcić kark, ale nie mogę go zabić. zwierzę jest uosobieniem zła, którego nie znam, demoniczne i nie stąd. niedługo potem stoję na brzegu wielkiego jeziora o mętnej wodzie. rzucam chleb, karmię nim śledzie.one podpływają, ale są dziwne..właściwie wyglądają jak płaty śledziowe, ich skóra jest postrzępiona na krawędziach, jakby w częściowym rozkładzie, pozbawione głów i wnętrzności (?!)...nie mam pojęcia jak jedzą....woda jest mętna i biała, przypomina zalewę octową. Wchodzę do wody.., wypływam daleko od brzegu, nagle czuję, że cos do mnie powoli podpływa.... wynurza się z wody, żelazko, żywe, sznur jak ogon wykonuje faliste ruchy. ono owija się sznurem wokół moich kostek........... i nurkuje..
wtorek, 04 grudnia 2007
04/05.12.2004
Monte Carlo. Apartament z widokiem na morze. Widać było z niego całą zatokę i stojące w porcie jachty. Przechodzący przez kręte ulice karnawałowy tłum ludzi. Patrzyłam na miasto z góry, lecz widziałam wszystko bardzo dokładnie...Później ujrzałam siebie stojącą za ladą w ekskluzywnym sklepie z biżuterią...Cartier.......pamiętam pierścionki, srebro, miedź(?!) ........................................................................................................................... Lata przedwojenne. Stara lokomotywownia, a może hangar na samolot. Hala zbudowana z czerwonej, pociemniałej od czasu cegły, olbrzymia, jakby przeskalowana. Stoję u metalowych, rozsuwanych na boki wrót. Zaglądam do wnętrza. Pusto. Pod sklepieniem małe brudne okienka, przepuszczające do wewnątrz nikłe światło. Słyszę tylko zaniepokojone gołębie pod dachem, wzbijające skrzydłami tumany kurzu.
piątek, 30 listopada 2007
derwisze
27. 10. 97
Drewniany okrągły kościół, właściwie cerkiew. Wchodzę do wewnątrz z jakimś mężczyzną. Okrągłe wnętrze, półmrok, małe okienka dachowe wpuszczają do środka szczeliny nikłego światła, w których wiruje kurz. Podłogę pokrywa zniszczony, ułożony w jodłę parkiet, zupełnie pozbawiony lakieru. Dostrzegam, że jesteśmy dziwnie ubrani, mamy na sobie długie suknie lub płaszcze. Wchodzimy na parkiet/arenę(?) dołączając do podobnie odzianych ludzi. Wszyscy mamy na twarzach maski. Zaczynamy miarowo obracać się wokół własnej osi. Jest to naznaczone jakąś powagą i skupieniem. Wirujemy powoli i cicho. Słychac tylko długie ubrania furkoczące w powietrzu.
wtorek, 27 listopada 2007
20/21 02 07
Dziecko, niemowlę, siedzące nieruchomo na podłodze, mówiło do mnie męskim dojrzałym głosem. Industrialne przestrzenie, wędrówka po nich wgłąb ziemi.
08.01.07
A. którą całowałam na przystanku PKS; przez to uciekł jej ostatni autobus do Warszawy. Bez szansy na powrót zaczęłyśmy szukać noclegu. Dotarłyśmy do sadu nad rzeką. Stary dom, W. trzymający na kolanach swoją siostrę. Usiadłyśmy pod jabłonią, widać było stamtąd całą okolicę; nagle przerażona poczułam, że mam usta pełne tłuczonego szkła....! Mieszkanie - potężne wysokie pokoje, zapach starych dywanów, galeria potężnych obrazów. Oleje, w monstrualnych ramach, arrasy, wszystko pachnące kurzem, grzybem, zatęchłe. Ciężkie pluszowe kurtyny, drewno na podłogach. Au, moja miłość.
wtorek, 20 listopada 2007
carnivale 12.11.07
Była to przestrzeń zamknięta, nieokreślona; coś pomiędzy cyrkiem a teatrem oraz gotyckim, romantycznym zamczyskiem. Ja - mloda asystentka, garderobiana lub też służąca Pani w średnim wieku, stałam ubierając ją, za kulisami, pomiedzy rzędami kostiumow i teatralnych rekwizytów.. Dualizm sytuacji.Jestem jednoczesnie służącą i pracownikiem teatru. Ona królową, lub/i aktorką. Stoi na podniesieniu, pomiędzy wysokimi po sufit rzędami ubrań. Jej postać, z uniesionymi do góry rękoma obraca się, podczas, gdy ja owijam jej talię różowym i wyszywanym w przestrzenne ornamenty pasem. Pomimo wieku, kobieta ma piękne rysy twarzy i jasne, kręcone włosy. Podziwiałam jej klasę i urodę. W momencie, gdy owijam ją jedwabiem, za kurtynę wchodzi aktor lub paź i chwyta nożyczkami garść moich włosów ponad lewym uchem, po czym bez żenady obcina je. Czuje zdziwienie, wściekłość i wybiegam zza kurtyny na scenę - która jest jednoczesnie dziedzińcem zamku. Nagle znajduję się na zewnatrz calej sytuacji, obserwuję ją z górego zamku, podczas gdy trwa walka lub spektakl, w krórym dwukrotnie zostaje powtórzona scena, gdzie garderobiana rozgrywa z Panią słowny/śpiewny pojedynek. W rezultacie nie wygrywa żadna z nich... Nagle zmieniam sie w animowaną postać z gry komputerowej. Stoję na krawędzi zrujnowanej ściany zamku. Nie czuję strachu. Jestem postacią z komputera. Czuję, że ktoś, steruje mną. Niewidzialna ręka przyciska klawisze strzałek na klawiaturze. Enter i dwa piętra w dół. Nie dzieje mi się nic złego, grawitacja nie istnieje.. Przestrzeń łamie się i przenika, jak w grafikach Eschera. Schody, kamienie, czuję pod palcami ich zimną, wilgotną, chropowatą strukturę. Znowu zmiana. Niska chata, średniowiecznego podzamcza. Stąpam po kalenicy. Przez skorzany(?!) dach wpadam do środka.Tam drewniane legowisko, pokryte skórami. Odchylam skóry - ogrome insekty, pełzające, uciekajace w zakamarki. Poczucie organicznego brudu, klepisko, brunatny pyl z butwiejacych roślin. Spotykam człowieka, z którym wszczynam walke na noże. Zimne błyskające ostrza.. Pozniej, lub moze wczesniej, widok na wysoki zamek z przeciwległego brzegu rzeki-jeziora, gdzie już w normalnej teraźniejszej postaci, przebywam na wakacjach. Może Łagów...woda jest przejrzysta. Brodzę w niej i patrzę na swoje stopy.
|